Wspomnienia Oświęcimskie - Edward Ciesielski
EDWARD CIESIELSKI Wspomnienia oświęcimskie – fragmenty Wspomnienia oświęcimskie Edwarda Ciesielskiego zostały wydane przez Wydawnictwo Literackie w 1968 roku. UCIECZKA Pewnego dnia, było to w marcu 1943 roku, przyszedł do mnie Tomek (Tomek to Witold Pilecki, który przebywał w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasza Serefińskiego – przyp. BW). Powiedział mi kiedyś, że organizacja nasza przeprowadziła już kilka ucieczek z obozu. Dopomogła także w ucieczce czwórki więźniów, którzy wydostali się na wolność samochodem komendanta obozu Hoessa. Kiedy nasi ludzie, więźniowie zatrudnieni w oddziale politycznym, dowiedzieli się o mającej się odbyć egzekucji członków organizacji — porucznika Stefana Bieleckiego i porucznika Gawrona, obydwaj przy pomocy naszej siatki, działającej w wydziale zatrudnienia, przeniesieni zostali do komanda "Harmęże" (ferma gospodarcza znajdująca się o parę kilometrów od obozu macierzystego, w której pracujący więźniowie mieszkali na miejscu), skąd w przeddzień egzekucji zbiegli. Za ich pośrednictwem Tomek przesłał w głąb kraju meldunki o sytuacji w obozie. Obecnie Tomek wtajemniczył minie w swoje plany. Powiedział, że on sam przygotowuje się do ucieczki z obozu. Zapytał, czy zechciałbym mu pomóc w jej zorganizowaniu. Wyraziłem natychmiast nie tylko zgodę, ale także chęć towarzyszenia mu w tej ucieczce. Tomek uzasadnił ceł ucieczki: a więc przede wszystkim chodziło o wyniesienie na wolność materiałów dotyczących zbrodni popełnianych przez hitlerowców w obozie oświęcimskim, a także o wiarygodne poinformowanie o wszystkim opinii publicznej świata. Dalszym naszym zadaniem miała być próba opracowania planu rozbicia obozu przez partyzantów i uwolnienia więźniów przy współudziale podziemnej organizacji obozowej. — Pamiętaj, Edek — tłumaczył Tomek — że nie chodzi o ratowanie własnej skóry z tego piekła, ale o cele ogólne. Oświadczyłem, że jestem zdecydowany i że uczynię wszystko, aby cel ten osiągnąć. Czekam więc na rozkazy. I tak zaczęliśmy czynić przygotowania do ucieczki. W kilka dni po tej rozmowie otrzymałem od Tomka buty. Następnie przyniosłem dla niego i dla siebie cywilne marynairki — wiatrówki, czarne damskie spodnie i cywilne koszule. Garderobę tę otrzymałem od członka naszej organizacji, kapo Beklaidungskammer (magazynu odzieżowego), Bernarda Swierczyny. Schowałem ją w swojej szafce, w której przechowywana była czysta bielizna, przeznaczona dla więźniów bloku 20. W tydzień potem Tomek przyniósł kieszonkowy zegarek. Ukryłem go także między bielizną. Wreszcie po paru dniach Tomek „zorganizował" dolary w banknotach, ja zaś przygotowałem podręczną małą apteczkę, zawierającą bandaże, jodynę, plastry i inne materiały opatrunkowe. Marian Toliński, pracujący w aptece szpitalnej w bloku 28, przyrzekł mi, że dostarczy trzy dawki cyjanku potasu. Dlatego trzy, ponieważ Tomek zapowiedział, że z obozu uciekamy we trójkę. Trzeciego towarzysza naszej ucieczki dotychczas nie znałem. [...] 20 kwietnia 1943 r. przeprowadziłem z Tomkiem dłuższą rozmowę na temat projektu naszej ucieczki. Był to ostatni tydzień przed świętami Wielkanocy. Ze względu na to, że Wielki Piątek jest u Niemców dniem wyjątkowo uroczystym, postanowiliśmy uciekać w tym właśnie dniu, licząc na zmniejszoną czujność esesmanów. Spora część załogi w okresie świąt była zresztą na urlopie. Całość naszego przedsięwzięcia miała zależeć od tego, kiedy wyjedzie na urlop Arbeitsdienstfuhrer Hessler. Ucieczka miała się odbyć przez obozową piekarnię. Pracował tam już trzeci nasz towarzysz, Jaś. Był oficerem rezerwy, a z zawodu nauczycielem (Jan Redzej, nr 5430, który pod nazwiskiem Jana Retke pracował w magazynie żywnościowym). Od kilku tygodni dokonywał gruntownego rozpoznania piekarni. Jaś miał wyjątkową zdolność zjednywania sobie otoczenia. Zawsze pełen humoru i dowcipu, wyróżniał się tym spośród innych. Już po tygodniu pracy w piekarni zdołał tam zostać przodownikiem zmiany. Według rozpoznania istniała możliwość ucieczki przez piekarnię. Należało dorobić klucz do śruby, do której była przymocowana sztaba, przytrzymująca drzwi wejściowe do piekarni. W tym celu Jaś sporządził odcisk mutry w chlebie, przyniósł do obozu i przekazał Tomkowi. Na podstawie tego odcisku pewien kolega-ślusarz dorobił klucz. Tomek w tym czasie pracował w paczkami i przebywał w bloku nr 3, Jaś w bloku nr 15, gdzie mieszkali wszyscy więźniowie zatrudnieni w piekarni. Po dorobieniu klucza Jaś zabrał go do piekarni. Sprawdził, czy nadaje się do odkręcenia mutry, a potem schował go w piekarni, w magazynie węgla. Jak już wspomniałem, mieliśmy zamiar dokonania ucieczki w Wielki Piątek. Z uwagi na to, że SS-Hauptscharfuhrer Hessler pozostawał w okresie świątecznym w obozie i pełnił funkcję Arbeitsdienstfuhrera, byliśmy zmuszeni przesunąć termin. Nasza ucieczka była uzależniona od Hesslera o tyle, że piekarnia znajdowała się poza najbliższym otoczeniem obozu. Było to tak zwane Aussenkommando (zewnętrzny oddział pracy), a skierowania więźniów do pracy w Aussenkommando wydawane i podpisywane były przez Hesslera. Nie otrzymalibyśmy nigdy takich skierowań. Na ich wydanie musiała być wyrażona zgoda oddziału politycznego, który tylko nielicznym Polakom zezwalał na pracę poza obozem w godzinach, kiedy ściągnięty był wielki łańcuch straży. Postanowiliśmy odłożyć ucieczkę do drugiego dnia świąt Wielkanocy. W Wielką Sobotę zaczęliśmy działać. Aby dostać się do piekarni, należało przede wszystkim znaleźć się w bloku nr 15. Tomek, jako pracownik paczkami, chcąc dostać się do jakiegoś innego oddziału pracy, musiał przede wszystkim mieć na to zgodę swego SS-Kommandofuhrera. Ubieganie się o to byłoby wprost szaleństwem, ponieważ rzuciłoby podejrzenie ma Tomka. Dlatego postanowiliśmy spróbować innej drogi. W Wielką Sobotę, 24 kwietnia, po apelu wieczornym udałem się z Tomkiem do ambulatorium w bloku nr 28. Chodziło o przyjęcie Tomka do szpitala. Omówiłem je wcześniej z Marianem Tolińskim. Tomka Serafińskiego należało umieścić w bloku 20. Toliński za pośrednictwem dr Dima spowodował przyjęcie Tomka do szpitala, a ponieważ chodziło nam o umieszczenie go w bloku 20, dr Dim zakwalifikował go jako podejrzanego o tyfus plamisty. Umieściłem Tomka w sztubie Janusza Młynarskiego. Teraz trzeba było przygotować szybkie wypisanie Tomka ze szpitala w odpowiednim momencie. Zwolnienie to uzależnione było od zgody lekarza-więźnia, dr Władysława Fejkla. Dr Fejkiel przyrzekł mi, że kiedy tylko zechcę, Tomek Serafiński będzie ze szpitala zwolniony. Nieco trudniej było załatwić moje zwolnienie. Byłem pracownikiem szpitala niejako etatowym. Figurowałem na liście sanitariuszy. Zgodę na to musiał wyrazić Lageraltester-Krankenbau, więzień polityczny Niemiec, przywieziony przed pół rokiem z Dachau. Aby dostać się ze szpitala do bloku 15 i otrzymać skierowanie do pracy w piekarni, należało mieć pisemne skierowanie Arbedtsdienstfiihrera Hesslera, zaopatrzone w jego podpis i pieczęć. Sporządziłem dwa takie fałszywe skierowania — dla siebie i Tomka. Od pracownika kancelarii, którego nazwiska niestety nie znam, otrzymałem dwa oryginalne blankiety skierowań do pracy z .nazwiskiem Hesslera i jego pieczęcią. Były wystawione na inne nazwiska i do innych oddziałów pracy. Wywabiłem to, co było wypisane na blankietach atramentem. Potem wypisałem w pustych miejscach nazwiska moje i Tomka. Czekaliśmy teraz do drugiego dnia świąt wielkanocnych. Rano w Wielki Poniedziałek zameldowałem się u blokowego Paula i okazałem mu skierowanie do pracy w piekarni. Paul mocno się zdziwił. Poprowadził mnie do Lageraltestera, protestując, że jego sanitariusz został ni stąd, ni zowąd skierowany do piekarni. Lageraltester zapytał mnie, czy nie jestem z zawodu piekarzem i czy nie jest to odnotowane w kartotece. Udając zdziwienie — zaprzeczyłem. Nigdy z piekarnictwem nie miałem nic wspólnego — tłumaczyłem — i to skierowanie jest zapewne jakąś pomyłką, ale nie mogę przecież sprzeciwić się zarządzeniom SS-Hauptscharfuhrera Hesslera. Dlatego muszę iść dzisiaj do pracy w piekarni, proszę jednak, aby Lageraltester i blokowy w dniu jutrzejszym reklamowali mnie i wyjaśnili pomyłkę. Obaj zgodzili się na to. Spadł mi ciężki kamień z serca. Z uwolnieniem Tomka nie było trudności. Dr Fejkiel zaopiniował, że jest on zdrowy, a diagnoza dotycząca jego objawów tyfusu była mylna. Było już popołudnie. Wyjąłem z szafki przygotowane narciarki, wiatrówkę i spodnie i poszedłem do ciemni rentgena w bloku 28. Tu czekał na mnie Witold Kosztowny z Warszawy, pracujący jako laborant. Wiedział o tym, że planuję ucieczkę, ale nie znał wszystkich szczegółów. Poprosiłem go, aby pilnował, by nikt nie wchodził do ciemni. Szybko przebrałem się w cywilne ubranie, na nie włożyłem więzienne pasiaki. W ten sposób przebrał się także Tomek. Potem z pracownikiem kancelarii szpitalnej poszliśmy do bloku 15. Kancelista zameldował nas blokowemu, oddając mu nasze karty personalne i skierowania do piekarni. Blokowy dokładnie przejrzał papiery, a potem zaprowadził nas do sztuby, w której mieszkali piekarze. Tu przekazał nas w ręce kapo piekarni. Był nim Niemiec z Czech, przebywający w Oświęcimiu zaledwie miesiąc. Kapo wyraził zdziwienie, że przydzielono mu dwójkę nowych piekarzy. Tłumaczył blokowemu, że komando ma przecież pełny stan piekarzy. Ale blokowy pokazał mu skierowanie, które ostatecznie przecięło dyskusję. Piekarnia pracowała na dwie zmiany: dzienną i nocną. Powinniśmy koniecznie dostać się na zmianę nocną, i to od razu w tę pierwszą noc. Następnego dnia nasz podstęp mógł zostać ujawniony. A wtedy, jako podejrzani o chęć ucieczki, musielibyśmy pożegnać się z tym światem. Wśród piekarzy znajdował się w sztubie nasz przyjaciel Jaś. Oczywiście udawaliśmy, że się w ogóle nie znamy. Kapo zapytał nas, w jakiej piekarni pracowaliśmy. Było to dla mnie bardzo kłopotliwe pytanie. Nie miałem zielonego pojęcia, jakie w ogóle istnieją piekarnie. Z tej kłopotliwej sytuacji wyratował nas Jaś. Powiedział sprytnie, że nas zna, że pracowaliśmy w piekarni mechanicznej. Dodał przy tym, że wydział zatrudnienia więźniów prawdopodobnie kompletuje już piekarzy do mającej powstać nowej piekarni mechanicznej. Kapo pokiwał głową, machnął ręką i odczepił się od nas. Cała trudność polegała teraz na tym, aby koniecznie jeszcze dzisiaj pójść na nocną zmianę. O tym decydował wyłącznie kapo piekarni. Należało zachować szczególną ostrożność, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń.