Atala Rene ostatni z Abenserażów, ok. 1920r. - Franciszek R. Chateaubriend
Z końcem XVIII wieku zarówno literatura jak i smak powszechny we Francji zdradzają objawy wyczerpania i oschłości. Uwielbienie jakie otacza Woltera jako poetę, triumfy autorskie X. Delille, tragedia pseudoklasyczna, wierszyki i epigramy, których mniej lub więcej zręczne szlifowanie staje się niemal obowiązkiem towarzyskim — oto symptomy małości, w której znak weszła ta wielka literatura. Rozpaczny krzyk duszy, rzucony przez Pascala na ulotnych kartkach. które po jego śmierci skupiono pod nazwą Myśli, zamiera bez echa; literatura potoczy się inną drogą, drogą intelektu. Intelekt ten pod względem jasności, doskonałości wysłowienia, dowcipu, osiągnie nieznane przedtem i potem wyżyny; ale nosi on równocześnie w sobie zaród śmiertelnej choroby; oderwał się od duszy, od zamyślenia nad tajemnicą bytu, tych praźródeł wszelkiej twórczości. Zagadka świata przestała dlań być zagadką; zbadał rzekomo cały jej mechanizm. Dążąc do jasności i precyzji, obcinał wszystko co mu było niedogodne lub zbyteczne; ze świata zaczął widzieć jedynie salon lub strzyżony ogród Wersalu; z człowieka, jednostkę grupy społecznej. z uczuć, grę interesów i próżności. Jeżeli wychylał się poza tę sferę, to też tylko — intelektem.
Humanizm nawet, tak ożywczy i płodny w zaraniu Odrodzenia, stał się, z biegiem czasu, zakrzepłą skorupą klasycyzmu, tamującą kiełkowanie rodzimego kwiecia. Dawność, oderwanie od życia, obojętność przedmiotu, stały się pierwszem prawidłem estetycznem; rdzenny Francuz myślał nazwiskami Brutusów i Epaminondasów; chrześcijanin miał na ustach jeno nimfy i bóstwa pogańskie. To co trzeba czuć, lub przed czem trzeba ze czcią schylić czoło, stało się przedmiotem rozumowania i dialektyki, jeżeli nie szyderstwa. Śmiertelna nuda, niepokój, przesyt, głód duszy, oto powszechny objaw, do którego doprowadza w XVIII w. to nadużycie intelektu.
Przychodzi Rousseau, i budzi w sercach nieznane źródła ludzkiego uczucia; przychodzi Bernardin de Saint-Pierre, i przetwarza je na nowe przedmioty wzruszeń artystycznych. Ale i Rousseau i Bernardin de Saint-Pierre głęboko jeszcze tkwią w epoce, którą mieli odrodzić. Rousseau, mimo że w jawnej walce z Encyklopedystami, ileż ma w sobie z ośmnastowiecznego filozofa! Jego pojęcie »Umowy społecznej« jakże nawskroś jest racjonalistyczne; jego teoria dobroci naturalnego człowieka, jakże sprzeczną zasadniczym podstawom chrześcijaństwa, które on rzekomo wyznaje! Rousseau wskrzesił jakoby w ludzkich sercach Boga; ale czemże był ten jego Bóg? Wychowany w religii protestanckiej, później wieloletni jej renegat, Rousseau wraca na łono protestantyzmu, który wciela dlań raczej polityczne ideały ojczystej republiki. To też, Rousseau obcy był w gruncie temu wszystkiemu, co stanowi poezję i urok chrystjanizmu: religja jego nie jest zbyt odległą od owego »deizmu« filozoficznego, będącego raczej formułą rozumowań niż żywą prawdą duszy. Toż i Wolter ufundował w dobrach swoich kapliczkę z napisem: »Wolter — Bogu«.
Przyszła zresztą Rewolucja, morze krwi, nędzy, straszliwy ucisk w imię równości i wolności, nagie nierządnice sadzane na ołtarzach kościoła jako boginie Rozumu: a wszystko to niby ironiczna parodia ideałów Rousseau’a, jego sielanki społecznej »dobrego człowieka«, jego haseł i freaeologji... I minęło to wszystko, i Francja zaczęła się budzić do życia, ale była to już zupełnie inna Francja; niezupełnie świadoma samej siebie, ale z tęsknotą czekająca na nowe twórcze słowo. Człowiekiem, który w danej chwili przyniósł jej to słowo, i który aż po dzień dzisiejszy wytyczył w znacznej mierze drogi literaturze, był Chateaubriand.
W dzień świąt Wielkanocnych r. 1802 ogłoszono uroczyście Konkordat, pakt pojednania między Francją a Kościołem. Po raz pierwszy od dwunastu lat otworzyły się bramy Notre-Dame dla urzędowego orszaku, który wszedł do tumu, gdzie miała się odbyć religijna konsekracja tego święta pokoju. Pierwszy konsul Bonaparte, przybrany w czerwoną aksamitną szatę haftowaną złotem, zasuwający sobą w cień dwóch nieznaczących kolegów, przyjął uroczyście w bramie święconą wodę, podaną mu przez arcybiskupa paryskiego.
Równocześnie otworzyły się kościoły w całej Francji. Pokolenie, które od czasu Rewolucji żyło pozbawione obrzędów religji katolickiej; drugie pokolenie, które wyrosło zgoła w nieświadomości tych obrzędów, z nieopisenem wzruszeniem słuchało uroczystego głosu dzwonów, śpiewów, organów. Francja poddała się jakiemuś słodkiemu uczuciu, w którego skład wchodziły pierwiastki nie tylko religijnej, ale, możnaby powiedzieć, estetycznej natury; pewne struny duszy, skazane na milczenie, lub nieobudzone jeszcze, ale przeczuwane lub pożądane, zaczęły dźwięczeć radośnie.
Tego samego dnia urzędowy dziennik Monitor witał pochwalnym artykułem pojawienie się nowej książki. Książka ta, jak mało która i mało kiedy, odpowiadała stanowi duszy i potrzebom serca, i miała uczynić swego autora najsławniejszym człowiekiem we Francji. Był to Genjusz Chrześcijaństwa Chateaubrianda.
W dziele tem podjął Chateaubriand apologię — lub raczej apoteozę — religji chrześcijańskiej. Zamierzył dowieść, iż jest ona jedynie prawdziwą; że jest jedynie dobrą, twórczą, ludzką; a nadewszystko, że jest piękną, że mieści w sobie nieprzebrane skarby piękna i rodzi piękno, z którem żadne inne równać się nie może. W tem właśnie dzieło jego było nawskroś nowe, a zarazem było czemś co najściślej odpowiadało potrzebom chwili: książka Chateaubrianda działała niby ów dźwięk dzwonów, głos organów. zapach kadzidła odurzający rozkosznie zmysły.