Yuma Shetar, 1925r - Karol May
więc hacjenda była stracona!
Czyżby rzeczywiście? — Był jeszcze jeden, jedyny ratunek, lecz tylko w wypadku, gdyby zaprowadzili mnie w jej pobliże, aby można było usłyszeć ostrzegawcze okrzyki. Postanowiłem uczynić to, choćby groziła mi nawet śmierć.
Niestety Indjanie odgadli mój zamiar, czy też zachowali zwykłe środki ostrożności, dość, że po kwadransie jazdy pięciu czerwonych zatrzymało się wraz ze mną, podczas gdy reszta ruszyła dalej. Staliśmy w szczerem polu. Gdyby przynajmniej ocieniały nas drzewa, może udałoby mi się umknąć pomimo krępujących więzów. Tutaj nie mogłem marzyć o ucieczce! Nie bacząc na to, czerwoni strzegli mnie w wyrafinowany zaiste sposób; ręce i nogi miałem przywiązane do wbitych w ziemię kołków, a więc byłem poprostu rozkrzyżowany.
Panowało głuche milczenie. Suszyłem mózg, by wymyśleć jakiś środek ratunku. Napróżno! Czas mijał; szarzała noc; nastawał poranek. — Wtem usłyszałem jakiś niewyraźny, jakby metaliczny odgłos, pochodzący zdaleka. Poznałem, — było to echo bojowego okrzyku Indjan. Teraz za późno; gdybym nawet nie był skrępowany, nie zdołałbym już uratować ani jednego ludzkiego istnienia!
Nie mogę opisać, co się ze mną działo. Owładnęła mną taka wściekłość, że musiałem całą siłą woli zapanować nad sobą, by nie zdradzić uczucia, które mi pierś rozsadzało. Twarze strażników wykrzywiał szatański uśmiech; ach, z jaką rozkoszą zdusiłbym tych drabów, chociaż zwykle niełatwo zadawałem śmierć! Nasłuchiwałem niemniej usilnie, niż czerwoni. Wrzask się powtórzył! Była to zwycięska fanfara Indjan. Widocznie nie stawiano oporu. Napad się udał! —
Upłynęła godzina, jedna i druga, a nikt nie nadchodził. Zrozumiałem, że żaden z tych łotrów nie chce opuszczać hacjendy, gdzie zapewne rozpoczęło się już plondrowanie. — Wreszcie, po trzech godzinach, zjawił się, a raczej nadbiegł jeden z wojowników. Opowiedział z radością, że wszystko poszło jak z płatka, i polecił jechać do hacjendy. Osiodłano konia i ruszyliśmy. W lesie napotkano młodszą latorośl domu Wellerów; były steward pozostał tutaj, nie chcąc się pokazywać w hacjendzie. Obrał sobie miejsce, z którego mógł wszystko widzieć i słyszeć. Leżał na trawie, przy nim stał koń, przywiązany do drzewa. Zobaczywszy nas, podniósł się i zawołał:
— Co teraz powiecie, master? Gdybyście poruszyli nawet niebo i ziemię, nie zmienicie ani na jotę niemiłej dla was rzeczywistości! Hacjenda jest nasza, a dla was wybiła ostatnia godzina!
Miałem zamiar nie odpowiadać wcale, a jednak nie mogłem się powstrzymać i zawołałem:
— Raczej dla ciebie, łotrze! Dosięgnę cię, skoro tylko będę wolny; możesz w to nie wątpić!
— Zrób to, zrób to! — zaśmiał się. — Zostać zastrzelonym przez Old Shatterhanda, to nietylko zaszczyt, ale poprostu rozkosz. Przyjdź więc jak najprędzej! Będę cię oczekiwał z tęsknotą!
Ten człowiek śmiał się naumor; ja jednak, pomimo beznadziejnej sytuacji, miałem wrażenie, że obracam już na niego wylot swej strzelby, że słyszę jej krótki, ostry huk. —
Wyjechawszy z lasu, dostaliśmy się na owe łąki, wśród których widziałem dawniej trzody hacjendera. Trzody pasły się i teraz; warty jednak trzymali przy nich czerwoni; pasterze, zamordowani, leżeli w trawie; żaden z nich nie uszedł z życiem. Później dopiero zrozumiałem, dlaczego ich nie oszczędzano, chociaż wszystkim emigrantom darowano życie.
Zatrzymaliśmy się przed hacjendą na odległości strzału. Leżeli tam na ziemi skrępowani wychodźcy; między nimi hacjendero. Ten, zobaczywszy mnie, zawołał:
— Pan tutaj, sennor? Skąd pan tu się wziął?
— Chciałem pana ratować, lecz, niestety, sam dostałem się w ręce morderców. Czy przyznajesz sennor teraz, że miałem słuszność?
— Miał pan słuszność, ale przecież niezupełną. Napad sprawdził się; lecz Melton jest niewinny, jak się pan może sam o tem przekonać!
Wskazał głową wbok, gdzte leżeli Melton i Weller senjor, również związani. Była to oczywiście komedja, zapomocą której chciano udowodnić, że nie mieli oni nic wspólnego z dziełem czerwonoskórych. Zamierzałem objaśnić hacjendera, gdy w tej samej chwili porwali mnie strażnicy i uprowadzili tak daleko, że nie mogliśmy już więcej ze sobą rozmawiać.