W płomieniach indyjskiego buntu, 1925 r. - Juljusz Verne
Niepodobna wyobrazić sobie większego osłupienia nad to, które ogarnęło mężczyzn, kobiety i dzieci. tak Hindusów jak i Anglików, na wielkiej drodze z Kalkutty do Chandernagor. Dnia 6, maja równo ze wschodem słońca, z jednego z głównych przedmieść stolicy Indji, wśród dwóch szeregów ciekawych, cisnących się z obu stron drogi, posuwał się szczególniejszy wehikuł; jeśli można tak nazwać dziwny przyrząd, przesuwający się po wybrzeżu Hougly. Na czele, jako jedyny motor, posuwał się spokojnie i tajemniczo olbrzymi słoń, mający 20 stóp wysokości, 30 długości i odpowiednią szerokość. Trąba jego była nieco odwinięta niby wielki róg obfitości; wielkie złocone kły wysuwały się z ogromnej paszczy na kształt dwóch groźnych kos. Na ciemno-zielonym dziwacznie upstrzonym korpusie, roztaczała się bogata jaskrawa draperja, przetykana srebrem i złotem, zakończona przepyszną frendzlą z torsadą i kwastami. Na grzbiecie tego słonia wznosił się rodzaj wieżyczki, zakończonej na sposób indyjski okrągławą kopułą, której ściany zaopatrzone były w grube szklanne soczewki, podobne do okienek w ścianach kajut okrętowych. Słoń ten ciągnął pociąg złożony z dwóch wagonów a raczej z dwóch domów, przenośnych bungalów, z których każdy osadzony był na czterech bogato rzeźbionych kołach. Koła te, których tylko niższa część była widoczna, poruszały się w bębenkach zasłaniających do połowy podstawy ogromnych przyrządów ruchu. Te dwa wozy łączył ze sobą mostek zwodzony. Jak to być mogło, aby jeden słoń, choćby nadzwyczaj silny, mógł uciągnąć dwa tak wielkie i ciężkie wagony, i to jak się zdawało bez najmniejszego wysilenia! A przecież tak było. Szerokie łapy, zadziwiającego zwierzęcia podnosiły się i opadały bezzwiednie z mechaniczną regularnością i w jednej chwili zwalniał lub przyspieszał biegu, choć nie widać było „mahuta” (przewodnika) kierującego nim ręką lub głosem. Oto co najpierw zdumiewało ciekawych, jak patrzyli z oddali, ale gdy zbliżyli się do olbrzyma, podziw ich nie miał granic. Najpierw tedy dawał im się słyszeć rodzaj miarowego mruczenia, podobnego wydawanemu przez tych olbrzymów fauny indyjskiej; nadto w pewnych małych przystankach, z podniesionej w górę trąby buchały kłęby pary. A przecież był to wyraźnie słoń. Jego chropowata czarno-zielona skóra pokrywała widocznie ogromne kości, jakiemi natura obdarzyła tego króla gruboskórców. Oczy jego jaśniały blaskiem życia, członki mogły się poruszać. Gdyby jednak ktoś z tych ciekawych dotknął ręką ogromnego zwierza, przekonałby się wnet, że jest to naśladownictwo, przedstawiające nawet z bliska wszelkie pozory życia. Jakoż rzeczywiście słoń ten wyrobiony był z blachy stalowej, a we wnętrzu jego kryła się lokomotywa. Co zaś do pociągu, był to dom przenośny, jak to przyrzekł inżynier. Pierwszy wagon, czyli dom, służył za pomieszkanie dla pułkownika Munro, dla kapitana Hod, dla Banksa i dla mnie. W drugim mieściła się służba i sierżant Mac Neil. Banks i pułkownik Munro dotrzymali swoich przyrzeczeń, tak więc dnia 6. maja mogliśmy puścić się w drogę tym zadziwiającym wekihułem, aby zwiedzić północne okolice półwyspu indyjskiego. Ale do czegoż ten dziwny słoń? Co znaczy ta dziwna fantazja tak niezgodna z praktycznością Anglików? Nikomu dotąd ani w umyśle nie powstało, aby lokomotywie, czy to mającej jechać po szynach kolei żelaznej, czy po wielkich traktach, nadawać kształt jakiegoś czworonożnego zwierza. Przyznaję, że gdyśmy po raz pierwszy zobaczyli tę zadziwiającą maszynę, osłupieliśmy z podziwu. Zarzuciliśmy przyjaciela Banksa niezliczonemi pytaniami, gdyż lokomotywa ta była zbudowana podług jego planu i pod jego kierunkiem. Skąd mógł mu przyjść tak niepojęty pomysł, aby ukryć lokomotywę między stalowemi ścianami mechanicznego słonia.