Smętek Zwodnik, 1927 r. - Józef Watra-Przewłocki
Wszechświecie, Smętek Zwodnik nadal zwodzi.
Temat chodzi za mną już z pół roku. Nasilił się na warsztatach z Rosą, tych ostatnich...
Buczy mi w głowie, jak taki grubaśny, mały, puchaty bąk...
I chociaż, Wszechświecie, mnóstwo się teraz działo w moim życiu, ten temat cały czas pobzykiwał w tle.
Ciężko się z nim mierzyć. Nie wiem, czy dorosłam.
Ale na mojej liście czytelniczej mam Kurnik, a tam znów się rozgdakało.
Lilka B. popełniła bardzo ciekawy post TUTAJ.
I dziabnęło mnie. A bąk w mojej głowie zaczął buczeć bardzo głośno.
Moja mama mi opowiadała, że jak była mała, schodziły się sąsiadki do mojej babki wieczorami. Zapalało się lampę naftową i darło pierze, szatkowało kapustę, a jedna kobitka czytała głośno książkę.
Tytuł "O Smętku Zwodniku".
Dzieciom uszy falowały aż od słuchania tych opowieści o zwidach na cmentarzu, upiorach, błędnych ogniach wiodących na manowce. Wszystko to w migocącym, magicznym świetle lampy naftowej i półmroku kryjącym się po kątach. Kiedy potem dzieciuki szły spać, to bały się nos wychylić spod kołdry, a wyjście na siku, nawet do oddalonego o metr nocnika, było wyprawą przerażającą :-)
Dziadek natomiast opowiadał o tym, że jako mały chłopiec był w Rosji. Nie mówił wiele, był małomówny i zamknięty. Jako wnuczki kochałyśmy go, przy nas ciepła strona jego natury się ujawniała. Był ofiarą tzw. bieżeństwa. I kiedyś opowiedział swoim dzieciom jak tam było. Przyjechali, nie wiem do jakiego miasta, w trakcie rewolucji październikowej. Był głód. Ogromny. Na ulicach leżały ciała zmarłych i zabitych. Krew była wszędzie. Z więzień wypuszczono wszystkich więźniów, politycznych, złodziei, morderców. I to wszystko grasowało wolno i bezkarnie. W ludziach budziły się najgorsze instynkty. Dziadek z kolegą chodzili po domach opuszczonych próbując znaleźć coś do jedzenia, bądź sprzedania. Trudne to było, bo ludzie co nie zabrali, to wszystko niszczyli w jakimś bezmyślnym szale. I weszli raz do bogatego domu, a tam w sypialni, w kołysce, dziadek zobaczył niemowlę z poderżniętym gardłem...
Wrócili do Polski, potem była wojna....
Nie wiem Wszechświecie.
Czytając post Lilki B. poczułam smutek. Zniechęcenie.
Kury się rozgdakały, każda prawie opowiedziała swoje fragmenty historii rodzinnej. Każda z dramatem, każda z nieszczęściem wojennym. Historie ciekawe, czasem inspirujące, czasem smutne, czasem zabawne.
Ludzkie losy.
Czytam też Klarkę Mrozek :-) O TUTAJ
Dziś też cię kocham...
Klarka pyta: co się stało z miłością?
Pytanie jest zasadnicze. Sięgające korzeni.
Ale nikt nie dał rady odpowiedzieć, rozmyło się na szczególiki, obwinianie, osądzanie...
Na ostatnich warsztatach z Rosą było super, choć przestraszyłam się trochę tematu ZAUFANIE.
Bo ja wiem, że ja nie bardzo ufam sobie, a co dopiero ludziom. Dopiero się tego uczę. Stawiam niepewne kroku w kierunku: cokolwiek będzie, będzie dobrze. Jakkolwiek będzie, będzie dobrze.
Zaufanie do płynącego Życia. Zaufanie do mnie samej, zaufanie do moich wyborów. Trudne.
Bo przekaz rodzinny wcale mnie nie przekonał, że wszystko będzie dobrze. Moi przodkowie, żyjący w takich okropnych czasach, przekonali mnie, że dobrze nie będzie. Ich strach stał się moim strachem, ich trauma, moją. Ich smutek, moim. Ich tajemnice też stawały się moimi.
Moja babka, kiedy demencja cofała ją w czasie, zaczęła chować w łóżku chleb, kiełbasę, wsypywała pod poduszkę cukier, chowała, bo może zabraknąć. A gorsze czasy przyjdą.
U Rosy kiedy ludzie mówili na podsumowaniu, co zrozumieli przez te dwa dni, wiele osób powiedziało, że chce się zmienić.
Chce być miłością, MIŁOŚCIĄ BEZWARUNKOWĄ. Chce czuć miłość, być miłością i ją dawać innym.
Borzezielony, jak mi to nie grało. Jak czułam, że coś nie tak, że ślizgają się po powierzchni czegoś, ale wcale nie rozumieją tej swojej potrzeby. Że oszukują się, choć całym sercem czują, że mówią prawdę.
I mówili, prawdę.