O żydach i kwestyi żydowskiej, 1913r. - Eliza Orzeszkowa
.....Zapytujesz pan o myśli, które powstały we mnie, gdy do cichego kąta mego wichry grudniowe przyniosły wieści o burzy warszawskiéj. Szumiały one, szlochały, jęczały, i przez długie, bezsenne noce, obrazami krzywd i występków ludzkich, ciemność nocną czyniły mi krwawą. Co myślałam wtedy? Dla czego nie żądasz pan, abym opowiedziała: co czułam. Trzy wyrazy, a w głównych zarysach swych, uczucia określonemi byłyby. Ohyda, litość i żal. Ohyda przeciw anti-społecznym i anti-cywilizacyjnym czynom; niezmierna litość nad cierpiącemi; palący żal za owocem tyloletnich usiłowań szlachetnych i oświeconych umysłów, spadłym w rozpalony znowu płomień nienawiści. Trzy wyrazy określają uczucia, w głównych ich zarysach. Inaczéj z myślami. Trudno. Sprawa żydów u nas zawikłaną jest, wielostronną, zjeżoną kolcami.
Lecz utrzymujesz pan, że prawić wciąż o uczuciach naszych, byłoby rzeczą bezużyteczną. Objaśnić je należy jasno i energicznie, ale wnet po momencie obudzenia i zgnębienia, na porządek dzienny wnieść rozwagę, badanie i czyn.
Dodajesz pan jeszcze, że w dziejach społeczeństw bywają momenty, w których ludziom obdarzonym jakąkolwiek zdolnością do publicznego przemawiania, milczeć nie wolno; w których, każdy czujący uderzenia serca swego i ruchy swéj myśli, stosować do siebie winien przysłowie starych rzymian „człowiek cnotliwy, człowiekiem prywatnym być nie może.”
Tak; po sto razy masz pan słuszność. Uczucie, to owa fala poety: „wierna i niewierna,” która statek społeczeństwa wtedy tylko ku szczęśliwym niesie brzegom, gdy gruntem jéj są jasne pojęcia a regulatorami rozwaga i wiedza. Tak, bywają momenty, w których każdy, kto kiedykolwiek jeden choćby krok uczynił na drodze spraw publicznych, prawie pod karą straty czci winien ukazać się pośród téj drogi, z przyłbicą podniesioną, z tarczą opuszczoną, ze szczerem i śmiałem słowem na ustach.
Śmiałość! Wobec wszelkich możliwych pocisków jest ona łatwą i ktokolwiek jéj nie posiada, w rachunku społecznym znaczy: zero. Ale sumienny i oświecony pisarz skłonnym jest do nieśmiałości innéj. Niedostatki wiedzy własnéj i ważność zagadnienia przejmują go niepokojem. Pragnie on wniknąć w samą rdzeń rzeczy, obejrzeć wszystkie składowe jéj części, posiąść o niéj morze wiadomości, zstąpić z nią w przepaści rozmyślań. Lekkomyślne przystępowanie do publicznéj sprawy i czynności poczytuje on za niedorzeczność i grzech; dla tego wtedy nawet, gdy wié już wiele, milczy jeszcze i wobec ludzkich sądów żadnéj trwogi nie czując, lęka się sumienia i rozumu własnego.
Jednak dziś, mniemam, że mówić mam prawo i powinnam. Wiele bardzo czytałam o żydach, spostrzeżenia nad niemi czyniłam pilne, pisałam o nich trochę. Pisanie zaś, — każdy piszący wié o tem, — w sposób szczególny rozwidnia widnokręgi dokoła opisywanego przedmiotu. Refleksya, intuicya, analiza, w ruch wprawione, rozwijają w głowie piszącego kłębek Aryadny, tak, że mniemając zrazu, iż z progu tylko zajrzy w ciemne wnętrze labiryntu, z zachwyceniem spostrzega jak coraz daléj postępuje w głębie jego i jak mu tam jasno.
Od dawna już dość mi jasno było w téj zawikłanéj, wielostronnej, kolcami zjeżonéj kwestyi żydowskiéj. Myśli o niéj, nie przyszły mi z podmuchami burzy, nie wywołała ich ta wielka, okropna niespodzianka, która wielu obojętnym dotąd, myśleć o niéj rozkaże. Gromadziłam je oddawna. Dziś, gdy mówienia do przyszłości dalekiéj odkładać nie wolno, wypowiem je bez nowych przygotowań i studyów, w formie luźnych i krótkich uwag nad przedmiotem badanym stale i długo. Nie wyczerpią one zagadnienia, ani wykreślą wszystkich dróg, któremi ono ku rozwiązaniu swemu postępować powinno, — lecz będę wolnym głosem obywatelskim, składającym dowód miłości dla kraju i szacunku dla spraw jego przez otwarte i śmiałe mówienie mu prawdy.