Miasteczko - Waldemar Mierzwa
Jest monografia o Dąbrównie. W 2011 roku ukazała się książka Waldemara Mierzwy, historyka, wydawcy książek o Mazurach, serii „Moja biblioteka mazurska” (Oficyna Wydawnicza „Retman”), obywatela Dąbrówna. „Miasteczko” to ciekawa, niebanalnie skonstruowana opowieść o dawnych mieszkańcach miasta Dąbrówno (Gilgenburg), niemieckojęzycznych Mazurach, którzy w większości opuścili swoją rodzinną ziemię uciekając przed Sowietami w 1945 roku lub tuż po zakończeniu II wojny i osiedli w Niemczech, o Żydach, którzy musieli opuścić to miejsce jeszcze wcześniej, choć w równie dramatycznych okolicznościach, o strasznych, bezmyślnych, niepotrzebnych zniszczeniach dokonanych w mieście przez „armię wyzwolicielską”. Jest to również opowieść o dzisiejszych mieszkańcach Dąbrówna, Polakach przybyłych z okolic i z Ziem Wschodnich. Książka jest ciekawą mieszanką rezultatów badań archiwistycznych, sięgających aż do początków miejscowości (lokacja w 1326 r.), relacji świadków dramatycznych wydarzeń okresu wojny i powojnia, własnych wspomnień o najnowszych losach miasta i ludzi oraz … przepisów kulinarnych. Autor między innymi opowiada o swoich, nie do końca udanych próbach nawiązania kontaktu z byłymi mieszkańcami w Niemczech. Trochę tylko żal, że w książce nie znalazły swego miejsca ilustracje. Ale takie są ekonomiczne prawa instytucji zwanej „nakład autora”. Wiemy skądinąd – jest także mowa o tym w tekście – że Autor jest posiadaczem ogromnej kolekcji wizerunków dawnego Dąbrówna. Dla wszystkich, którym bliskie są Mazury, lektura obowiązkowa: to, co zostało opisane, wydarzyło się w Gilgenburg-Dąbrównie, ale mogło się zdarzyć wszędzie na mazurskiej (i warmińskiej) ziemi.
Waldemar Mierzwa, Miasteczko, Oficyna Retman, Dąbrówno 2011
W numerze 10 (1219) Tygodnika Solidarność z 2 marca 2012 ukazała się recenzja tej książki pióra Grzegorza Eberhardta, pisarza, filmowca i dziennikarza, autora świetnej monografii o Józefie Mackiewiczu Pisarz dla dorosłych. Za łaskawą zgodą recenzenta zamieszczamy ten tekst, trudny skądinąd do odnalezienia w zalewie tygodników i tekstów:
Gilgenburg – Dąbrówno „Miasteczko”
Znam to „miasteczko”; wiem, że przez wiele-wiele lat nazywane było Gilgenburg, by w ostatnich kilku dziesiątkach lat stać się Dąbrównem. Bywam w nim od kilkunastu lat, a jeszcze częściej staram się bywać. Nie tylko dla urody miejsca, ale i dla… smaku tamtejszych ryb. Jak mówią znawcy – najsmaczniejszych ryb spośród wszystkich mazurskich jezior. Więc i nie dziwota, że na książkę p. Waldemara Mierzwy rzuciłem się właśnie, jak na świeżutką, dąbrowniańską rybę.
I nie zawiodłem się, miejscami była wspaniała uczta, ale niestety były i ości. Szczególnie niebezpieczne bo i na samym początku, gdy to np. już na stronie szóstej czytałem; „Mroźne dni stycznia 1945 roku zamknęły dzieje wschodniopruskiego miasteczka Gilgenburg, choć wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Ani opuszczający go Niemcy, ani wkraczający Rosjanie, ani wiedzeni ciekawością, a przede wszystkim żądni wojennych łupów Polacy z okolic Mławy, którzy pojawili się niedługo za czerwonoarmistami”…
Tak, tragedia tamtejszej ludności niemieckiej niewątpliwie była wielka, ale jednak ważne jest ustalenie, w jakiś sposób (wybór należy do autora), kto tę śmiertelną zabawę rozpoczął? Czyja pycha i pewność zdobycia świata spowodowała, iż oto w tamte mroźne dni stycznia „zamknęły się” dzieje także i tego miasteczka? W odpowiedzi nie może paść jedno tylko nazwisko; bez jednoznacznego poparcia ze strony swego narodu, pan – o którym myślimy – nie próbowałby realizować swych ambicji. Pomagali mu także i mieszkańcy tego miasteczka. Sam autor podaje (niestety, w odległej partii swej książki), iż w wyborach w roku 1936 niemieccy socjaliści uzyskali w pow. ostródzkim 99,9 proc. głosów. A Hitler miał powiedzieć: „Nie wierzę, żeby był w Niemczech kraj tak wierny, jak kraj Mazurów!” Wcześniej, w roku 1933 miasto Gilgenburg uznało Adolfa Hitlera za swego honorowego obywatela…