Maurycy Beniowski - Andrzej Sieroszewski
SŁOWO WSTĘPNE
Tak jak wiele książek, również i ta ma swoją prehistorię.
Nie sięga ona czasów bardzo zamierzchłych, ale bądź co
bądź liczy sobie ćwierć wieku. Początki były zgoła „niewinne", choć chyba wcale nie
tak przypadkowe, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się
wydawać. Z bohaterem tej książki po raz pierwszy zetknąłem się w czasie okupacji, bodaj w 1943 r. Wtedy to biblioteka mego ojca podsunęła mi powieść o pięknej, romantycznej postaci Maurycego Beniowskiego, która wprost zafascynowała moją chłopięcą wyobraźnię. „Dziedzicznie obciążony", bardzo lubiłem czytać, szczególnie powieści historyczne, nic przeto dziwnego, że tak stosunkowo wcześnie wpadł mi w ręce Beniowski, stojący w naszej domowej bibliotece, w długim szeregu Dziel zbiorowych mojego dziadka, Wacława Sieroszewskiego. Tym bardziej że poniżej tytułu widniało: powieść historyczna...
Nic o tym bohaterze nie wiedziałem, ale od razu zdobył moją sympatię, uznanie i podziw, toteż natychmiast sięgnąłem po część drugą — Ocean. Po jej przeczytaniu zasypałem ojca pytaniami o dalsze losy dzielnego i szlachetnego Polaka, nagabywałem także dziadka, miałem nawet w duszy żal do autora, że nie dopisał tych losów do końca.
Potem dosyć szybko przyszli inni bohaterowie, którzy w moim sercu zajęli miejsce Beniowskiego, przyszły inne, ważniejsze sprawy i trochę o nim zapomniałem. Ale po kilku latach, już po wojnie, zupełnie nieoczekiwanie spotkałem się z nim znowu. Tym razem jednak był zupełnie inny, głęboko ukryty i zaszyfrowany w naszpikowanych dygresjami oktawach poematu Słowackiego. Prawie go nie poznałem.
Znowu minęły lata wypełnione innymi lekturami i zainteresowaniami; w miarę jak szedłem w życie, bohater
jednej z najwcześniejszych przygód literackich oddalał się ode mnie. W pewnym momencie jednak znowu się zjawił, tym razem z jeszcze bardziej niespodziewanej strony, bo z kraju „węgierskich bratanków'', znad Dunaju. Oto na uniwersyteckim wykładzie z historii literatury węgierskiej ni stąd, ni zowąd padło to samo imię i nazwisko.
Zainteresowałem się: czyżby to był ten sam, mój dawny bohater? Sięgnąłem po XVIII-wieczną opowieść węgierskiego poety i zaintrygowała mnie dziwna tajemnica pana Maurycego. Wróciły dawne wspomnienia, wrażenia wyniesione z dwóch dość już odległych z nim spotkań. Ale jak to? Tam Bemowski był Polakiem, a tu jest Węgrem. Więc ten sam czy jednak ktoś inny? Chyba jednak ten sam, bo tu i tam konfederacja barska, Kamczatka, bunt i podróż statkiem do Makao. A co najważniejsze, tu i tam jakieś mgliste aluzje do pomieszanych, polsko-węgierskich rodowodów
Więc kim właściwie był? Może jeszcze ktoś coś o nim napisał?
Zacząłem szukać i od tej chwili rozpoczął się akt drugi mojej przygody z Maurycym Beniowskim. Pogrążyłem się w trudnym do przebycia gąszczu relacji, opisów i rozpraw, pełnych sprzecznych opinii — od hymnów pochwalnych aż po najcięższe oskarżenia. Dotarłem do licznych powieści, poematów, dramatów, a nawet oper, w których Beniowski kreował główne role. Przekonałem się, że od schyłku XVIII wieku az do czasów zupełnie nam współczesnych nie schodził z literackiej sceny Europy, występując w najróżniejszych jej punktach, od Londynu po Moskwę i od Budapesztu po Hamburg.
Musiało upłynąć sporo czasu, zanim poznałem osobowość człowieka, który stał się przedmiotem tak rozległej literatury. Doszedłem do przekonania, ze dziś jest on dla nas postacią o trzech obliczach, i uznałem, że jego wizerunek literacki, rola, jaką odegrał w wielu literaturach — przede wszystkim w węgierskiej i polskiej — są ciekawe i warte zaprezentowania.
Tak młodzieńcze spotkanie z panem Maurycym Beniowskim doprowadziło mnie po latach do rozprawy doktorskiej, której zmienioną wersję zawiera niniejsza książka. Nie jestem pewien, czy ostatecznie zrealizowałoby się ono w takim kształcie, gdyby nie zachęta i pomoc wielu osób.
Chciałbym na tym miejscu wyrazić im wszystkim moją wdzięczność. Kieruję ją symbolicznie na ręce prof. dra Jana Reychmana, który od początku do końca, z wzruszającą życzliwością, naukowo patronował i niósł cenną pomoc mojej pracy, na ręce doc. dra Istvana Csaplarosa i prof. dra Laszló Sziklayego, którzy będąc pierwszymi jej recenzentami, przyczynili się do nadania jej ostatecznego kształtu, a także na ręce dra Stanisława Makowskiego i dra Gyorgya Rado, którzy nie szczędzili mi cennych, koleżeńskich rad, wskazówek i informacji.
Taka była — wywodząca się z rodzinnej tradycji — geneza tej książki. Pozwoliłem sobie poprzedzić ją tak osobistym wyznaniem, bo w pracy nad nią zżyłem się z jej bohaterem, jak z kimś bliskim i drogim, komu pamięta się zalety, a wady wybacza.
Uwagi:
Oprawa książki i brzegi stron lekko zakurzone.