Kultura i życie, 1907 r. - Stanisław Brzozowski
Dwa rysy uderzają mnie szczególnie we współczesnej umysłowości polskiej — na pozór przeciwstawne sobie zupełnie, a jednak dopełniające się wzajemnie, i z tego samego lub przynajmniej pokrewnych płynące źródeł. Nazwałbym je lekceważeniem ideowości z jednej strony i rezygnacją z rzeczywistości z drugiej. Pierwszą z nich napotyka się najczęściej u naszych publicystów i to często nawet najpoważniejszych, najbardziej znanych i najsumienniejszych, drugą u ludzi zajmujących się zagadnieniami tzw. wyższej kultury, a więc filozofii, sztuki itp. Pierwsi z niecierpliwą wzgardą, w najlepszym razie z protekcjonalną pobłażliwością, traktują wszystkie rozprawy, z których nie wypływa bezpośrednio żaden praktyczny wniosek, które nie zwalczają czegoś w obecnych stosunkach, nie usuwają lub nie przekształcają; drudzy — nie zastanawiają się nad tym, jakie znaczenie może mieć to, co mówią oni i piszą, poza ulgą, jaką sprawia wypowiedzenie się. A nie sądzę nawet, aby wielu z naszych młodych, najmłodszych lub reprezentujących we własnym mniemaniu drgnienia „nowej duszy” pisarzy stać było choćby na takie tylko wylegitymowanie się ze swej działalności. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia, jak to już zaznaczyłem, ze zjawiskami pokrewnymi: i tu, i tam jedno i to samo lekceważenie i zwątpienie. Zagadnienia wyższej kultury, oderwanej od bezpośredniej rzeczywistości, są traktowane i tu, i tam jako sprawa czysto subiektywnych odczuć i mniemań. Nietrudno byłoby udowodnić, że już dzisiaj występują czysto życiowe niedogodności wypływające z takiego stanu rzeczy. Zachodzą fakty, zrozumienie których wymagałoby wyjaśnienia wielu prawie czysto oderwanych zagadnień. Nie sądzę, aby np. rozprawa proletariatu warszawskiego z prostytucją dała się wtłoczyć w ramki czysto „praktycznych”, „statystyczno-ekonomicznych”, że tak powiem, roztrząsań. Fakt ten był olbrzymią, praktyczną lekcją historiozofii. Z żywiołową potęgą unaocznił on, że jeżeli ekonomiczna strona przekształceń społecznych jest niewątpliwie i najłatwiej obliczalną, i najbardziej zasadniczą, to przecież nie wyczerpuje bynajmniej ich treści. Sprawa ta naturalnie jest bardzo skomplikowana. W danym wypadku nie piszę jednak rozprawy teoretycznej, z konieczności więc na boku muszę pozostawić ostateczne, najgłębsze uzasadnienia. A zatem nowe przekształcenie ekonomiczne wysuwa na pierwszy plan ludzi o odmiennej niż dotychczasowa formacji duchowej, co zatem więc idzie, wyprowadza na świat nowe moralne życiowe postulaty. Chcieć twierdzić, że ostatecznie i te postulaty są tylko wytworem warunków ekonomicznych, jako ich nadbudowa, znaczyłoby myśl mistrza pojmować w sposób zdumiewająco doktrynerski, znaczyłoby niemal ośmieszać ją; znaczyłoby to bowiem w rezultacie twierdzić, że sam człowiek jest dodatkiem tylko i przedmiotem ekonomicznych przekształceń. Marks nie dał nigdzie całkowitego systematu swojej historiozofii. Niewątpliwą rzeczą jest jednak, że do końca pozostał wiernym zasadniczo Feuerbachowskiej myśli o reintegracji. Myśl ta polegała na następującym: człowiek wyrzuca poza siebie wyniki własnej swej twórczości — religię, sztukę, prawo itd., i traktuje je jako byty niezawisłe, którym on służy; w gruncie rzeczy służy jednak zawsze sobie, gdyż temu, co sam stworzył. Uznanie tego jest uświadomieniem sobie własnych bogactw, wcieleniem na nowo w człowieka tego, co wyłonił on z siebie, a zarazem jego wyzwoleniem. Myśl o wyzwoleniu człowieka była zasadniczym tematem pracy myślowej i duchowej, z koła której wyszedł Marks. Tylko, że on sięgnął głębiej i spostrzegł, że pierwszym dziełem człowieka, które stworzył on i któremu poddał się, było narzędzie, że cała dalsza jego twórczość załamywała się w pryzmacie tej zależności. Toteż i podstawą wszelkiej wyzwalającej reintegracji kulturalnej musi być reintegracja ekonomiczna. Jeżeli człowiek ma być wolny, musi zawładnąć ekonomizmem, który dotychczas nim włada; inaczej wszelkie wyzwolenia pozostaną w dziedzinie iluzji.