Kazania niedzielne i świąteczne Tom I 1906r - Jakób Górka
Ś.p. ks. Zygmunta Goliana, któż z nas nie znał, lub nie słyszał o nim w Polsce. Najzaciętsi jego przeciwnicy, a miał ich niemało, musieli uchylić czoła przed tą postacią fenomenalną: przed głęboką a wszechstronną jego erudycją, siłą i świetnością jego wymowy, przed charakterem jego kapłańskim, który nieskalanym do końca życia swego dochował. Nazwy: "Złotoustego", "drugiego Skargi", "artysty słowa", "chluby Duchowieństwa Polskiego", to tytuły należne jego geniuszowi, pracy niezmordowanej i gorliwości kapłańskiej, których dowody składał przez lat trzydzieści z górą, nie oglądając się na żadną nagrodę ziemską – działał zawsze jak mu sumienie kazało – nieustraszenie – może czasem za gorąco i bezwzględnie, ale zawsze w przekonaniu, że to jego święty obowiązek – w sprawie Bożej i dla Boga.
Gdyby w jakimkolwiek innym kraju pojawił się podobny mu człowiek, jakby umiano ocenić, zużytkować, nagrodzić jego talent, pracę, poświęcenie? Gdyby w Niemczech, Francji, lub indziej zmarł człowiek podobnej miary, całe by się towarzystwa zawiązały, biorąc w opiekę jego spuściznę literacką, ażeby z niej nic nie uronić, a przekazać jak najwyrazistszy ślad jego geniuszu dalekiej potomności..
Śp. ks. Zygmunt urodził się w Krakowie dnia 2 maja 1824 r. z rodziców niezamożnych, ale zacnych i religijnych. Ojciec jego Paweł Nałęcz Golian był chirurgiem z zawodu i jako taki służył w listopadowym powstaniu, matką mu była Kunegunda z Pruchnickich, osoba wielkiego serca i w ogóle wyższego nastroju duchowego.
Do jedenastego roku chował się młody Zygmunt w domu rodzicielskim z dwoma starszymi braćmi Pawłem i Walerym, z których jeden służył wojskowo w armii austriackiej, drugi zaś był inżynierem, a jako lekkoduch przerzucał się na różne zajęcia, co dało później powód do mylnych pogłosek, jakoby ks. Golian za młodu był żołnierzem, urzędnikiem, aktorem itd. Prócz tego miał dwie siostry Ludmiłę i Wandę, późniejsze pp. Sobieniowską i Juszczakiewiczową, obie dziś jeszcze żyjące. Miłość dla rodzeństwa zachował zawsze ks. Golian żywą, chętnie i często do każdego z nich pisywał, troskliwie dopytując o najmniejsze szczegóły ich powodzenia, wspierał radą i kieszenią wedle ich potrzeb i swojej możności. Słowem był dla nich, kochającym i wylanym bratem.
Wyjątkowa atoli miłość łączyła go z matką, w której widział ideał dobroci, uosobienie cnoty. Wszystkie listy jego nacechowane są tym uczuciem głębokim miłości synowskiej, pragnieniem uchylenia cienia smutku z jej czoła, a sprawienia jej przyjemności we wszystkim – tak było za młodu, tak później kiedy był księdzem – aż do jej śmierci, po której niepocieszony zostawał przez czas długi, "zamarł mi świat cały z śmiercią matki".
Czy z braku rozwinięcia, czy też z braku chęci, dość że z początku bardzo słabe a nawet niedostateczne czynił postępy w nauce. Zniechęcony tym ojciec postanowił oddać go do rzemiosła. Matki nie było podówczas w Krakowie, bawiła bowiem u brata swego, lekarza w Ostrowcu, nie miał się więc kto za nim wstawić. I młody Zygmuntek terminował przez dwa lata u złotnika Westfalewicza przy ulicy Floriańskiej, o czym wspomina sam w jednym z późniejszych kazań. Ciężki to był nowicjat dla młodego chłopca, bo pominąwszy zmianę losu p. Westfalewicz kochał się w kieliszku, a jak przyszedł podochocony do domu, to nie obeszło się bez krzyku i guzów, które wszystkim obficie rozdzielał, a te burdy i przekleństwa pijanego pana majstra były tak straszne, że po kilkudziesięciu jeszcze latach, przedstawiały się ks. Zygmuntowi jako "obraz istnego piekła".
Ale co nad to cięższym było, to rozwianie pierwszych marzeń i pragnień. Od młodych lat żywił on w sobie żądzę zostania kapłanem, toteż czuł, że ta droga odwodzi go od upragnionego celu, ale mimo to nie dał za wygraną. Czy bojąc [się], czy nie chcąc napierać na ojca, skuteczniejszą obrał sobie drogę do dopięcia swych zamiarów. Oto nie mając czasu w dzień, wieczorami wybiegał z warsztatu pod kościół Panny Maryi i tu klęcząc pod krzyżem, ze strony kościoła św. Barbary, prosił gorąco Boga, by przyjął jego ofiarę i pozwolił mu zostać sługą Ołtarza.
Ale nie zaraz miał doznać skutku swojej modlitwy. Nadjechała wprawdzie matka z wujem do Krakowa i zobaczywszy swego faworyta w tak opłakanym stanie, odebrała go z terminu, a wuj odebrawszy solenne przyrzeczenie pilności, zobowiązał się wziąć na siebie koszt dalszego jego wykształcenia. Ale z narady wypadło, że go oddano na razie do szkoły technicznej, do której przez lat trzy uczęszczał. Co było powodem zmiany w kształceniu, nie wiemy, dość że w 1841 r. przeszedł młody Zygmunt do gimnazjum, a więc stanął bliżej swego celu. Po złożeniu egzaminu przyjęty został do klasy trzeciej, i cztery klasy następne aż do filozofii ukończył chlubnie w 1845 r. Z ławki szkolnej wprost udał się do Seminarium na studia teologiczne i jako alumn znajduje się od 1846 r. w schematyzmach diecezji kielecko-krakowskiej – czasu więc na jego rzekome kariery: wojskową, cywilną, aktorską – absolutnie nie ma.