Hemingway Ernest - Zielone wzgórza Afryki - Ernest Hemingway
W "Zielonych wzgórzach Afryki" wielki pisarz chciał opowiedzieć o kraju, który zafascynował go całkowicie, o przygodach łowieckich, o ludziach i zwierzętach - i przy tej okazji stworzył swój własny znakomity, soczysty, chwilami ironiczny, bardzo prawdziwy autoportret. I to jest jedna z najcenniejszych rzeczy w tej książce, którą tak lubił i która jest, jak sam powiedział, książką "absolutnie prawdziwą", dającą wierny obraz kraju i przygód autora, wielkiego pisarza, wielkiego myśliwego, wielkiego miłośnika Afryki.
Ten zbiór wspomnień Hemingwaya z polowań w Afryce to książka bardzo nieoczywista – ilu ludzi, tyle opinii. Zaraz po jej publikacji w 1935 roku nie wzbudziła entuzjazmu u krytyków, czytelnicy też nie byli zachwyceni , a i dziś w jej recenzjach pojawiają liczne zarzuty: że nudna, że okrucieństwo wobec zwierząt, że Hemingway taki egocentryczny, przemądrzały i w ogóle antypatyczny. Inni potrafią dostrzec w niej pięknie nakreślony obraz Czarnego Kontynentu, pochwałę prostych uroków życia i zbiór ciekawych, niewydumanych refleksji na temat pisania, religii, historii.
Wszystko zależy od tego, na co kto się nastawi. Ja, przyznaję, spodziewałam się po tej lekturze więcej napięcia, więcej barw, i w zderzeniu z moimi wygórowanymi oczekiwaniami wypadła trochę płasko. Nie jestem jednak rozczarowana. Do Hemingwaya mam stosunek bardzo sentymentalny i z dużo większą gorliwością niż u innych pisarzy doszukuję się u niego pozytywów, a i tych Zielonym wzgórzom Afryki nie brak.
Dla narratora (i autora w jednym) polowanie to sport. Nie zabija dla żądzy krwi, nie czerpie satysfakcji ze sprawiania bólu, a swoje ofiary darzy nawet pewnym rodzajem szacunku i podziwu: „Leżał na tym boku, w który dostał kulę, i nie było na nim żadnego śladu, i pachniał słodko i ślicznie jak oddech bydła, jak woń tymianku po deszczu” (s. 176). Cierpi natomiast, kiedy kilkugodzinne tropienie postrzelonego byka w silnym afrykańskim słońcu kończy się porażką – dręczy go wizja rannego zwierzęcia rozszarpywanego przez śmierdzące hieny, zakałę zwierzęcego świata. Oczywiście istotnym elementem całej wyprawy jest piękno Afryki, dzikiej i nieskażonej, takiej, jaką niegdyś była Ameryka, kiedy warto było jeszcze za nią walczyć. Swoją fascynację Czarnym Lądem Hemingway opisuje na wzór relacji z ukochaną kobietą. Jest przekonany, że to miejsce, gdzie jest dobrze żyć, „nie tylko pozwolić życiu, żeby przemijało” (s. 214). Czuje prawdziwe szczęście, gdy wraca pod wieczór do obozu, zmęczony upałem i tropieniem zwierza, siada ze szklaneczką whisky i napawa się zapachem Afryki i wieczornym wiatrem. Radość sprawia mu też widok błękitnego nieba, sprężysty krok i precyzja ruchów czarnoskórego tropiciela i ciężar sztucera na ramieniu. O celebrowaniu tych małych przyjemności pisze tak prosto i przekonująco, że aż samemu ma się ochotę ruszyć na safari i poczuć to na własnej skórze.
Na marginesie polowania opisywane są, a właściwie tylko lekko trącane, stosunki między poszczególnymi jego uczestnikami. W kilku trafnych słowach Hemingway kreśli portret swojej drugiej żony, Pauline Marie Pfeiffer, pieszczotliwie nazywanej P.O.M. – odważnej, ciekawej świata kobietki, która jednak jako jedyna w tym towarzystwie przedstawicielka płci pięknej nie uniknęła traktowana w roli maskotki („foksterierek”). Z lekkim niepokojem autor odmalowuje jej fascynację Popem, a także sporo uwagi poświęca swojej rywalizacji z innym myśliwym, Karlem. Choć obaj panowie prześcigają się w kurtuazjach i skwapliwie gratulują sobie swoich wyczynów, przez cały czas wyczuwa się między nimi niezdrowe napięcie. Śledzenie tych iskier przeskakujących między poszczególnymi uczestnikami zdarzeń było bardzo ciekawe.
! Uwagi:
Brzegi stron lekko zakurzone. Oprawa nieznacznie zarysowana.