Czytaj! To się opłaca

3 czerwca 2019 kasia-aksamit 0 min read 3 komentarze

Czytaj! To się opłaca

3 czerwca 2019 Katarzyna Aksamit 3 komentarze
Jak zachęcić dzieci do czytania? Po co w ogóle to robić? Czy te wszystkie akcje promujące czytelnictwo mają jakikolwiek sens? Takie pytania słyszę wielokrotnie w swojej pracy i spotykam się z nimi również na płaszczyźnie mojej działalności blogowej. Dla mnie, jako mola książkowego,nie mają one żadnego uzasadnienia, ale zastanawiając się nad nimi głębiej na potrzeby tego artykułu, doszłam do wniosku, że ich geneza jest o wiele głębsza niż mi się do tej pory wydawało.

No bo dlaczego mówi się wszem i wobec, że dzieci jak ognia unikają książek? Dlaczego statystyki podsumowujące czytelnictwo w Polsce są tak bezwzględne? Moja interpretacja takiego stanu rzeczy jest dwutorowa. Po pierwsze – nasze myślenie dominują nieprzychylne czytelnictwu stereotypy, a po drugie, co wynika z pierwszego – dzieci nie otrzymują właściwych wzorców czytelniczych . Pierwszy stereotyp postaram się unicestwić w tym momencie i powiem wprost, iż nie zgadzam się z powszechnie panującą opinią, która głosi, że dzieci po prostu nie lubią czytać, i że namawianie ich do tego jest syzyfową pracą. Nic bardziej mylnego. Dzieci, dorośli, kobiety, mężczyźni, ogólnie ludzie, zrobią bardzo wiele, aby uzyskać pozytywny, widoczny i namacalny efekt swoich działań. Efekt stanowi słowo-klucz. Nie liczmy na to, że nasze dzieci zrozumieją i zapamiętają cokolwiek z wywodów pt. to dla twojego dobra, musisz, bo masz mieć piątkę z polskiego, pani kazała więc nie ma dyskusji, czytanie kształci i wzbogaca intelekt… i tak bez końca. Ilu z was słyszało to w dzieciństwie od swoich rodziców i nauczycieli? Większość, prawda? A ilu zostało po tych naukach pasjonatami czytelnictwa? Cóż… statystyki mówią same za siebie. Dziecko nie uwierzy w żaden komunał. Dziecko nie zaakceptuje ogólnikowego banału. Dziecko z rozbrajającą szczerością zapyta wprost – a co ja z tego będę miał? Przejdźmy więc do konkretów… Będziesz miał lepsze oceny. Z polskiego? Tak, ale nie tylko. No nie mów, że z matematyki! A jakże, z matematyki również.

Zdziwieni? Zupełnie niepotrzebnie. To nie żadne czary-mary. To nauka. Czytanie uruchamia bowiem te rejony mózgu, które są odpowiedzialne za zapamiętywanie i przetwarzanie informacji, myślenie abstrakcyjne, rozwiązywanie problemów i pokonywanie przeszkód. Podczas czytania mózg odpoczywa i regeneruje się w niewiarygodnie szybki i efektywny sposób, a nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że to co zadbane, wytrenowane i wypoczęte działa po prostu lepiej. Tak, w szkole również. Tak, na matematyce też.

Jakieś dowody? Proszę bardzo. Jestem nauczycielką, uczę języka polskiego w klasach czwartych, prowadzę warsztaty czytelnicze, na których niejednokrotnie brakuje nam miejsca w klasie, bo tylu jest chętnych (ale oficjalny przekaz oczywiście brzmi, że dzieci za nic w świecie nie chcą czytać… jasne…). Mam ze swoimi uczniami prostą umowę – oni czytają co najmniej piętnaście minut dziennie, a ja w zamian za to z pełną odpowiedzialnością obiecuję im, że ich wyniki w nauce znacząco poprawią się w ciągu kilku miesięcy. To jest kwestia, którą da się zmierzyć. Dlatego co jakiś czas sprawdzamy naszą metodę. Wniosek natomiast jest tylko jeden – to naprawdę działa!

Odczarujmy więc czytanie w kilku prostych krokach, bo żeby zachęcić do tej aktywności dzieci, trzeba przede wszystkim samemu zmienić sposób myślenia o książkach.

Co więc należy zrobić? Zaczynamy…

Po pierwsze – czytaj

Dzieci nas nie słuchają , dzieci nas naśladują. Ta stara jak świat prawda jest aktualna również w odniesieniu do czytelnictwa. Dlatego właśnie fundamentem powodzenia na tym polu jest po prostu dobry przykład. Czytaj, tylko tyle. Rozmawiaj z dzieckiem o książkach, pokazuj, jakie masz z tego korzyści. Dla niewtajemniczonych, i tych którzy dopiero zaczynają, proponuję świadomą rezygnację z piętnastu minut telewizora na rzecz książki. Codziennie. Delikatnie, tak żeby tylko zasiać ziarenko. Gwarantuję, że bakcyl zostanie połknięty, a rychłe uzależnienie rozpanoszy się w całym otoczeniu. I wówczas żadne porady i zachęty nie będą już potrzebne.

Odmitologizujmy czytelnictwo

Kiedy próbuję propagować czytanie, bardzo często spotykam się z oporem w postaci odpowiedzi brzmiącej mniej więcej tak – ja jestem prosty człowiek, nic bym z tych książek nie rozumiał… . To jest oczywiście w każdym pojedynczym przypadku totalnie błędne przekonanie, ale jednak z jakiegoś powodu ciągle pokutuje ono w społeczeństwie. Czytanie jest postrzegane jako czynność elitarna, zamknięta w wąskich kręgach, arystokratyczna, próżna. A my przecież chcemy być swojscy, normalni, do tańca i do różańca. Wszystko, co kojarzy się nam ze szlacheckimi fanaberiami lub z wyższością akademickiej profesury skreślamy w przekonaniu, że to nie dla nas. Dlatego właśnie teraz wchodzę ja – dziewczyna ze wsi, bez śladu rodowych konotacji, bez tytułów, bez cienia salonowego manieryzmu, bez nadęcia. Czytam od dziecka. Czytam codziennie. Czytam i znikam. Owszem, mam wyższe wykształcenie, wykształcenie polonistyczne na domiar złego, i jestem w związku z tym literaturoznawcą, ale to nie było tak, że pasja czytania ogarnęła mnie na studiach humanistycznych. Było dokładnie na odwrót – czytałam od wczesnych lat swojego życia i wybór drogi zawodowej był podyktowany miłością i pasją, która we mnie żyła od dawna. Poza tym funkcjonuję całkiem normalnie mimo swojego niezaprzeczalnego książkoholizmu. Nie omdlewam, nie miewam migren, nie używam soli trzeźwiących, nie tworzę traktatów naukowych. Za to pracuję, sprzątam, robię pranie, czasem się nawet martwię czy mi starczy od pierwszego do pierwszego. Moje dzieci również raczej nie odbiegają od standardów swoich grup rówieśniczych. Rozbijają kolana, wywalają się na rowerze, beczą bez powodu i trzeba je rano ściągać z łóżek. A oprócz tego czytają. Jak myślicie – muszę je do tego zachęcać? W żadnym wypadku!

Drugie życie lektur szkolnych

Tak, z lekturami jest problem, ale nie dlatego, że są to kiepskie książki, tylko dlatego, że działa destrukcyjna siła przymusu. We wszystkich naszych poczynaniach kluczową rolę odgrywa nastawienie. To, co związane ze szkołą kojarzy się natomiast z nudą, z presją, z nakazem. Dlatego właśnie nasze dzieci tak niechętnie podchodzą do narzuconych im przez programy nauczania tytułów. Niestety, w bardzo wielu przypadkach lektury szkolne to jedyne teksty literackie jakie uczniowie czytają. Przekonanie, że czytanie wiąże się z nieprzyjemnym stresem szkolnym jest bardzo silne, i sprawia że uczniowie nie mają już ochoty sięgać dolinnych książek. To w bardzo negatywny sposób wpływa na nawyki czytelnicze. Tymczasem problemem nie jest lektura sama w sobie, problemem jest negatywne nastawienie. Co więc zrobić? Bardzo wielu rodziców, którzy działają oczywiście pod presją ocen, egzaminów itp., uznaje, że czytanie czegoś spoza obowiązkowej listy to po prostu głupota oraz marnotrawstwo czasu i energii. I to jest duży błąd! Tylko dziecko, które regularnie i dobrowolnie czyta dla przyjemności będzie umiało docenić i właściwie, czyli bez stresu, odczytać treść lektury. Czytelnictwa nie propaguje się poprzez jego ograniczanie, a poprzez rozprzestrzenianie właśnie. Jak to ogarnąć czasowo? Na początek proponuję skrupulatnie zaplanować czytanie lektury szkolnej. Warto dosłownie policzyć ile mamy na przeczytanie dni, a potem na każdy dzień przyporządkować odpowiednią liczbę stron, tak żeby po prostu zdążyć. Ścisłe trzymanie się takiego harmonogramu da nam duże poczucie bezpieczeństwa . Proszę się jednak nie obawiać – ten reżim nie potrwa długo. Granice zatrą się szybko bo dziecko, które po prostu regularnie czyta będzie na spokojnie i bez zbędnych emocji czytać również lektury. Tak to działa.

 

W ramach podsumowania chciałabym tylko delikatnie zaznaczyć kwestię, która w swojej naturze wcale delikatna nie jest. Pieniądze. Niby szczęścia nie dają, ale ręka do góry kto o nich nie myśli i nie chce ich mieć choćby w śladowym nadmiarze? Dlaczego o tym wspominam? Bo czytanie, w przeciwieństwie do wszystkich technologicznych nowinek, jest najzwyczajniej w świecie tanie jak barszcz. Zawsze masz więc wybór – wypasiony tablet za kilkaset złotych, który skutecznie ogłupi twoje dziecko i wyczyści jego mózg z kreatywności, albo papierowa książka za pięć złotych, która rozwinie wyobraźnię, nauczy nowych sposobów myślenia, pomoże rozwiązać problem. Proste, prawda?

W Antykwariacie Tezeusz książki kupuje się za grosze. Jeśli mi nie udało się Was przekonać, zajrzyjcie do nich i sprawdźcie… choćby z czystej przekory. 🙂

3 komentarze

  • Ania / Bezpustkowie 24 czerwca 2019 at 22:15

    Bardzo ciekawy wpis! Dał mi trochę do myślenia jeśli chodzi o kwestię czytelnictwa… Pamiętam, że w szkole podstawowej, szczególnie od czwartej klasy moje „czytanie” wyglądało bardzo źle (a zawsze lubiłam bajki i różne historie!). Dlaczego więc tak było? Otóż nie dlatego, że lektury były nudne i do czytania zniechęcały. Główną przyczyną był czas – nie czytałam zbyt szybko, a przerobienie całej listy lektur nie pozostawiało żadnej wolnej przestrzeni na czytanie innych książek. Na dodatek treść było trzeba dobrze pamiętać na lekcje… Co także sprawiało, że bałam się „wchodzić” w inne książkowe światy. Pozdrawiam!

    • Jaga 3 lipca 2019 at 10:55

      Dokładnie! W szkole czytanie przestawało być przyjemnością, a stawało się obowiązkiem. A przypomnijmy sobie początki, kiedy jeszcze nie znaliśmy słów,a już próbowaliśmy czytać. 🙂

  • Angelika F 25 czerwca 2019 at 07:45

    Na rynku jest tyle cudownych książek, które uczą, są przepięknie ilustrowane, więc jest zdecydowanie lepiej niż kiedyś. Uważam, że jednym z głównych sposobów jest naśladowanie. Kiedy dzieci będą widziały nas z książką w ręku, same też chętnie po nią sięgną. No i nic nie zastąpi czytania bajek przed snem

  • Odpowiedz

    [FM_form id=”1″]

    NAJNOWSZE WPISY

    ×